Szukaj:Słowo(a): przepisów Doskonałe przepisy dla każdej Pani Domu
Witam!




Ciach opis
- A przecież to nie ja zatrzymałam ten tramwaj, tylko kontrolerzy. To

oni wezwali policję. Ja przecież podawałam kontrolerowi prawdziwe dane
osobowe - oburza się katowiczanka.



No wlasnie. Dura lex, sed lex, czyli za brak biletu pasazerka powinna
zaplacic kare.
Ale za zatrzymanie tramu juz nie, przeciez ani nie siedziala na torach,
ani nie uzyla hamulca bezpieczenstwa.
Kanarzy powinni wysiasc z nia na przystanku (przeciez robili to
wielokrotnie, sam widzialem) i tam czekac na radiowoz. Uwazam ze to oni
powinni wybulic 210 PLN za zatrzymanie tramu.
Poprosze o wykladnie przepisow na ten temat.

KZK GOP jest tymczasem niewzruszony. - Trzymamy się regulaminu, a on
mówi, że bez dowodu albo innego dokumentu ze zdjęciem bilet nie jest
ważny. Przecież można go sobie podać z ręki do ręki i na ten sam bilet
może jeździć kilka osób. Sprawa tej pani jest beznadziejna.



A gdyby ta Pani zrobila tak, jak opisano kilka postow wyzej, czyli
powiedziala ze biletu nie ma i potem zaniosla go pokazac do KZK to
zaplacilaby tylko oplate manipulacyjna?
W ten sposob KZK promuje matactwo i kombinatorstwo.....

Tym
bardziej że to nasza stała pasażerka, od lat kupuje bilety miesięczne
i doskonale wie, że powinna mieć dowód - mówi Marek Klimek z KZK GOP.



I zapewne go miala, bo nie zlapano jej wczesniej? Raz sie zdarzylo i buch
290 PLN kary.
Uwazam, ze ten drugi mandat to wyjatkowa perfidia. Gdyby pasazerka byla na
tyle bogata, zeby ja bylo stac na adwokata, podejrzewam, ze wygralaby z
KZK w kazdym sadzie(o zatrzymanie tramu, bo brak biletu jest niestety
bezsporny). Ale nie. Kanary wybraly taka "ofiare" zeby sie nie skarzyla.
Polityka wysysania pieniedzy od pasazerow, ktorzy w koncu maja bilety to
swinstwo po prostu.

Nawet w przypadku zbrodni sąd zawsze stosuje zasadę o domniemaniu
niewinności, a KZK GOP traktuje swoich pasażerów jak bandę złoczyńców
i oszustów.



Tak jest, tym bardziej ze istnialy POSZLAKI siwiadczace o tej niewinnosci,
potwierdzone z reszta potem przez Policje.

Dwa miesiące temu opisywaliśmy historię emerytki, która
jechała bez biletu, mając do tego pełne prawo. Tymczasem kontroler
zażądał biletu i nawet okazanie legitymacji ZUS-owskiej nie przekonało
go, że młodo wyglądająca pani ma jednak prawo do bezpłatnych
przejazdów. KZK GOP nałożył na nią, tak jak i w opisywanym dziś
przypadku, absurdalnie wysoką karę, a jego prezes długo polemizował ze
mną na łamach gazety o rzekomej racji swej firmy w takim traktowaniu
pasażerów.



I co z tego wyszlo?

Tymczasem jadąc autobusem albo tramwajem często można
zobaczyć, jak kontrolerzy puszczają swobodnie wszelkiego autoramentu
lumpów, bo się ich po prostu boją. A i ściągalność za bezdomnego jego
mandatu pewnie jest znikoma.



Wlasnie- czemu sa rowni i rowniejsi(i ci gorsi sa rowniejsi)? Kontroler,
ktory nie wypisal mandatu narkomanowi ze strzykawa w lapie nie wypelnia
przeciez prawidlowo swoich obowiazkow! Sa przepisy!

Wygląda więc na to, że porządny pasażer
(podkreślmy jeszcze raz, że w obu opisywanych przypadkach kobiety,
które stały się ofiarami KZK GOP, miały bilet lub prawo do przejazdu
bez biletu i ich "zbrodnią", za którą teraz muszą słono zapłacić, było
z domu dowodu osobistego) jest dla KZK GOP złem koniecznym.



No coz, KZK jest nastawione na zysk, nie na to zeby zapewnic wygode
pasazerom. A im zysk lepszy, tym lepiej. To przeciez ekonomia. A gdzie
haslo "Nasz klient nasz Pan?". Niepotrzebne, bo przeciez jest monopol na
transport miejski. Zeby go zlamac, trzeba miec tyle forsy, zeby jezdzic
wlasnym samochodem. A pasazerek opisywanych wyzej zapewne na to nie stac.
Pozdrawiam smutno
Storch
PS. Na szczescie nie wszyscy kanarzy to takie gnoje. Sam kiedys widzialem,
jak kanar odstapil od wymierzenia kary matce 2 malych dzieci ktora
oswiadczyla, ze biletu nie ma bo ja na niego nie stac a musi zdayc z
dzieckiem do lekarza.
PS2. Po przeczytaniu tych postow (tego o niepodpisanym bilecie tez) nasuwa
sie odpowiedz na pytanie czemu pasazerowie nie lubia kanarow. Bo nie
wszyscy traktowani sa jednakowo.

(Iz 38,1-6.21-22.7-8)
W owych dniach król Ezechiasz zachorował śmiertelnie. Prorok Izajasz, syn
Amosa, przyszedł do niego i rzekł mu: Tak mówi Pan: Rozporządź domem
twoim, bo umrzesz i nie będziesz żył. Wtedy Ezechiasz odwrócił się do
ściany i modlił się do Pana. A mówił tak: Ach, Panie, wspomnij na to,
proszę, że postępowałem wobec Ciebie wiernie i z doskonałym sercem, że
czyniłem to, co miłe oczom Twoim. I płakał Ezechiasz bardzo rzewnie.
Wówczas Pan skierował do Izajasza słowo tej treści: Idź, by oznajmić
Ezechiaszowi: Tak mówi Pan, Bóg Dawida, twego praojca: Słyszałem twoją
modlitwę, widziałem twoje łzy. Uzdrowię cię. Za trzy dni pójdziesz do
świątyni Pańskiej. Oto dodam do twego życia piętnaście lat. Wybawię ciebie
i to miasto z ręki króla asyryjskiego i roztoczę opiekę nad tym miastem.
Powiedział też Izajasz: Weźcie placek figowy i przyłóżcie do wrzodu, a
zdrów będzie! Ezechiasz zaś rzekł: Jaki znak upewni mię, że wejdę do
świątyni Pańskiej? Izajasz odrzekł: Niech ci będzie ten znak od Pana, że
spełni On tę rzecz, którą przyrzekł: Oto ja cofnę cień wskazówki zegarowej
o dziesięć stopni, po których słońce już zeszło na słonecznym zegarze
Achaza. I cofnęło się słońce o dziesięć stopni, po których już zeszło.

(Ps: Iz 38,10-12.16)
REFREN: Pan mnie zachował od unicestwienia

Mówiłem: "W połowie dni moich
muszę odejść;
w bramach Otchłani odczuję
brak reszty lat moich".

Mówiłem: "Nie ujrzę już Pana
na ziemi żyjących,
nie będę patrzył na nikogo
spośród mieszkańców tego świata.

Mieszkanie me rozbiorą i przeniosą ode mnie
jak namioty pasterzy.
Zwijam jak tkacz moje życie,
On mnie odcina od nici.

Nad którymi Pan czuwa, ci żyją,
wśród nich dopełni się życie mego ducha.
Uzdrowiłeś mnie, Panie,
i żyć dozwoliłeś".

(J 10,27)
Moje owce słuchają mojego głosu, Ja znam je, a one idą za Mną.

(Mt 12,1-8)
Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc
głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu:
Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im
odpowiedział: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego
towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie
było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie
czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni
spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego
niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia
niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest
Panem szabatu.

Komentarz

Chrystus przestrzega nas dziś przed osądzaniem innych, a także przed
stawianiem ludzkich przepisów ponad Bożym Prawem. "Gdybyście zrozumieli,
co znaczy: <Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary>, nie potępialibyście
niewinnych". Bóg, który sam stał się człowiekiem, jest o wiele bardziej
ludzki od tych, dla których ważniejsze są przepisy religijne niż Bóg i
drugi człowiek. W każdej chwili okazuje nam miłosierdzie, odpuszczając nam
grzechy i lecząc nasze choroby.

O. Marek Blaza SJ, "Oremus" lipiec 2002, s. 70
Witam wszystkich serdecznie.

Szanowni Panowie od poczatku sledze ten temat odnosnie pracy Polskich Zandarmow ( MP ) w rejonie misji w Iraku i prawde piszac czekalem na jakis odzew naszych Zandarmow w tej sprawie, ktorzy odbywali w tym rejonie sluzbe, ale jak widze nikt z tych Panow do chwili obecnej nie zabral glosu na ten teamat nad czym nie ukrywam, ze ubolewam troche, iz ja tam nigdy nie bylem ( pisze o misji w Iraku ) i nie chce sie wypowiadac w tym temacie, iz jak widze opinie sa podzielone.
W zwiazku z tym krotko opisze prace Polskich Zandarmow ( MP ) na innych misjach tam, gdzie ja odbywalem sluzbe.
W armii sluze od 25 lat, 3 lata w bylej 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno - Desantowej tj. Niepolomice, Krakow, Bielsko, a 22 lata w ZW obecnie w Wydziale Doch - Sled. Na misjach roznego rodzaju bylem piec razy w tym w Poludniowym Libanie w Miedzynarodowej Komapnii MP COY jako patrolowy, w Bosni - Hercegovinie w Miedzynarodowej Komapnii MP COY jako patrolowy i dochodzeniowiec, w Syrii w Miedzynarodowym plutonie MP w charakterze Dowodcy Posterunku MP, Kosowo w Miedzynarodowej Komapnii MP COY jako Spec. Inv. i ostatnia w MP PKW Afganistan w charakterze Zandarma ( MP ). Jak sami Panowie doskonale wiecie misja misji nie jest rowna i kazda jest inna z reguly czy to UN, NATO czy tez Stabilizacyjna. Zaznaczam, iz nikogo nie chce tutaj bronic jak tez w zaden sposob usprawiedliwiac, ale niech kazdy z nas popatrzy tylko na swoje podworko i wielu z nas dojdzie do wniosku, ze nie jestesmy tacy wspaniali i doskonali, iz jestesmy tylko ludzmi i kazdy z nas popelnia jakies bledy czy to mniejsze czy tez te powazne. Nie chce sie tutaj w zaden sposob wybielic i itp, ale np. podczas mojej sluzby w Libanie, gdzie sluzylem tez kilka miesiecy w charakterze MP w Traffic Section praktycznie zawsze mialem problemy z Polakami, iz podczas kontroli drogowej zaznaczali, ze np. kontroluje ich Polski st.chor. szt. a gdy to wykonywal np. Irlandzki kapral lub Ghanski st. szer. nikt nie protestowal w zaden sposob i wszyscy poddawali sie kontroli bardzo grzecznie i kultularnie, a do nas odwrotnie dlaczego ?. Nastepny przyklad w Bosni w m. Doboj lub Tuzla podczas kontroli drogowej Polski major kloci sie doslownie na drodze ze mna, iz mu sie spieszy itp, a gdy ja go kontroluje zachowuje sie jak panienka na wydaniu. natomiast jak robi to Norweski Policjant w stopniu kaprala jest grzeczny, a dlaczego bo byl cienki z angielskiegi i wtedy dopiero leci do mnie Panie chor. pomoc Pan bo nie wiem o co mu chodzi, a jemu chodzilo o to, iz Polacy naruszyli przepisy o ruchu drogowym i otrzymal za to mandat zgodnie z SOP-ami. Kolejny przyklad jestem na patrolu z Kanadusem - sierzantem i w okolicach Tyberiasu w Israelu zatrzymujemy do kontroli Polakow z CZ z PKW POLBATT. Kierowca chor. grzeczny poddaje sie do kontroli, ale jak zwykle obok niego siedzi major i zaczely sie problemy dlaczego, kto na to zezwolil itp, itd, ale Kanadus zawodowy Policjant i pokazal im wszystkim, , jakie ma uprawnienia i co dalej znow problem bo Polski major oswiadcza mu, ze jest MAJOREM, ale Kanadusa to nie wzrusza i robi swoje. Nie chcialem do konca tlumaczyc temu Kandausowi z MP jakich slow uzywal wobec niego ten Polski major, iz nastepnego dnia znajdowal by sie na lotnisku BEN GURION w Tel-Avivie. Kolejny przyklad z Kosova mozna by mnozyc co nie miara. Jednak najbardziej prace Amerykanskich MP poznalem podczas swojej sluzby w Afganie. Tak zgadzam sie z Wami Panowie, że US MP posiada swoje jednostki specjalne jak np. 58 th MP US ARMY, CID , Criminal Investigation Division z Hawai czy np. 501 Dywizja Military Police
" JERONIMO " z Utah czy tez US MO MOUNTAIN, AIRBORNE, iz sam widzialem jak dzialaja w Afganistanie. Tak sa to w pelni profesjonalisci w kazdym calu i rzeczywiscie nie czepiaja sie pierdol, ale sa konsekwentni i nikt z nimi nie podejmuje nawet dyskusji, iz pelnilem z nimi sluzbe na terenie US AIR BASE w Bagram i bylem naocznym swiadkiem co i jak.
Zdaje sobie sprawe, iz nikt z nas nie jest doskonaly, ale prosze mi wierzyc MP na misjach przydaje sie bo kto np. by wykryl zolnierza, ktory kradnie koledze z kampu 8 tysiecy USD, a potem podpala ten kamp, aby zatrzec slady, a bylo to w Libanie. nastepnie bojki pomiedzy oficerami w Libanie i Syrii. Kradziez przez Pana majora kartonu papierosow w US PX w Tuzli. US MP lapie go na garacym uczynku. Kosovo podobnie, a o Afganie juz nie pisze, iz to byla naprawde porzadna misja i nie chce jej w zaden sposob zaszkodzic negatywnym wizerunkiem Polskich zolnierzy, ale w sumie nie bylo zle. Wiadomo, iz opinie beda podzielone jak dziala MP na misjach, iz ten osobnik, ktory lamal przepisy zawsze powie Ci tacy owacy, ale prosze mi wierzyc wielu osoba na misjach sie pomaga w zroznych sytacjach, a nie tylko ich sie sprawdza i kaze.
Mam nadzieje, ze ktos z moich kolegow, kto byl w Iraku w MP zabierze glos na tym forum w tym temacie, iz ja jedynie poruszylem problemy i prace Polskich MP na innych misjach, ale jak sami panowie wiecie jest roznie to tylko i wylacznie zalezy od ludzi, ich obycia, kultury, znajomosci przepisow prawnych i zjanomosci jezyka angielskiego oraz od tego co wyniosl z domu rodzinnego.
Nie ukrywam, ze jest przykro czytac o tym ( jeseli to prawda ) jak dzialaja Polscy MP w Iraku.
Serdecznie Panow wszystkich pozdrawiam.
Witam! Z tego co widzę zbaczamy lekko z tematu.
Ja proponuję wrócić do sprawy Brachypelm.
Panno Adrianno bardzo bym prosił o krótką i konkretną odpowiedź.
Dlaczego ścigacie młodych ludzi którzy mnożą, te pajęczaki w swoich domach i chcąc zarobić na lizaki sprzedają te "śmiesznie tanie" zwierzaczki w internecie. Bo z tego co się orientuje sprawa dotyczy głównie Brachypelmy albopilosum, która jest chyba najpospolitszym ptasznikiem w naszym kraju. Jak ktoś wczesniej słusznie zauważył koszt tego pajaka to w tej chwili 2-3 zł. za sztukę. Uważa Pani, że ktoś z tych młodych ludzi sprowadzał te Pająki z ich naturalnego środowiska??? Ponieważ przepisy mają DUŻĄ lukę, wykorzystujecie to by robić sobie rozgłos. Tyle ja widzę z waszej ochrony przyrody. Jesli chodzi o albopilosę, to dziwię się ze ten gatunek wogóle objęty jest Cites, bo przy tym tempie rozmnażania tego gatunku w naszym kraju, niebawem Polska bedzie w stanie zasypać Kostaryke, Panamę itp itd. młodymi kędziorami.
Nie z nami powinniście walczyć, bo nikt z nas nie chce robić tym zwierzętom krzywdy. Walczyć należałoby z opieszałością urzędników, bo to oni stworzyli te beznadziejne przepisy, dziecinnie proste do obejscia dla kogoś kto chce je obejsc. To oni niesprecyzowali dokładnie przepisów dotyczących pajęczaków które od niedawna nie są objęte obowiązkiem rejestracji. I stad wzieła się luka prawna którą doskonale wykorzystujecie by nadać waszej działalnosci rozgłosu. My terrarysci raczej w kwesti ginacych gatunków jesteśmy z Wami po jednej stronie barykady, bo hodujemy te zwierzaki nie na skóry, mięso czy postrach dla sąsiadów, ale z miłosci do zwierząt i większośc z nas jak pisał Brakus stwarza im w miarę możliwości idealne warunki do bytowania, gdyż duża większość terrarystów nie zadowala się samym trzymaniem gadów, płazów itp. Każdy z Nas stara się rozmnożyć gatunki ktore hoduje. Więc nasze próby rozmnażania zwierząt objetych Konwencja Waszyngtońska , przyczyniają się do zmniejszenia odłowu tych zwierząt z ich naturalnego środowiska. Wy zamiast starać się z nami nawiązać współprace - wywołujecie WOJNĘ światkowi terrarystycznemu. A nie tędy droga. Chyba że jak pisałem wyżej , chodzi o rozgłos a nie faktyczne ratowanie zwierząt zagrozonych. Moim zdaniem Wasza dotychczasowa działalność przyniesie więcej złego tym zwierzakom niż dobrego. Pozdrawiam InneCzasy.

P.S. Ile macie na swoim koncie osiągnięć w akcjach skierowanych przeciwko "handlowi w sieci" które prowadzicie??
Czy są jakieś statystyki, ciekaw jestem waszych "sukceców". Ile zwierząt udało Wam się "uratować" i co z nimi robicie, jak im sie zyje??? Czy znalazły lepszy dom??? Jaki odsetek z tego to spreparowane zwierzęta egzotyczne, czy zywe gatunki węży, jaszczurek, papug i innych zwierzat egzotycznych przemycone do kraju, a jaki L1 brachypelmy albopilosum czy smithi które urodziły się w domu sprzedającego? Mam nadzieję, że ktoś z Waszej organizacji "ochrony" przyrody prowadzi statystyki i zamiesci pani link do jakichś bliższych danych dla osoby chcącej bliżej przyjrzeć się Waszej działalnosci.
Proszę, kilka komentarzy z Wirtualnej Polski, pokazujących jaką wiedzę ma społeczeństwo o naszych warunkach płacowych:
Słuchajcie, o co ten spór, od dawna wiadomo, że są równi i równiejsi. Polska armia to jeden wielki chłam i łez padole. Każdy żołdak łapie się na kasę i nie mam mowy o patriotyźmie, jeżeli chodzi o przywileje to jest ich mnóstwo. A jaką ciężką pracę mają? Poganiają ich trochę po poligonie, chyba, że jakiś dochrapał się posadki w sztabie i jeszcze dostaje za to kasę, że go trochę w błocie umorusają.
Żonki siedza w domu bo państwo płaci za nie kasę, nie wiem ile dokładnie, ale z moich ostatnich informacji to ok 800 zł na żonkę i 400 zł na każde dziecko. Ludzie to woła o pomstę do nieba a może i nie tylko!
A co ma powiedzieć ten co stoi przy maszynie cały dzień i wraca do domu to nawet nie jest w stanie wziąść dziecka na kolana bo nóg od roboty nie czuje.
Dlatego powtarzam zgodnie z przysłowiem "bogatemu to i byk się ocieli"...Wiecie co dajmy mundurowcom jeszcze więcej kasy i świadczeń, to będą mieli większe powody do strajków


Nasze żony muszą pracować, a wojskowych nie muszą - najcześciej.Masa przywilejów, mieszkania za darmo. Mało ,że odchodzą po kilkunastu latach na emerytury, to zabierają jeszcze pracę innym uczciwym obywatelom !!! 1) Wydłużyć okres pracy!!! 2)Po przejściu na emeryturę całkowity zakaz pracy!!!


Nie ściemniaj koleżanko z tymi mundurówkami. Bo mam kilku znajomych w SG i wiem jak to się odbywa. Ciebie też chętnie zapytam czy twój facet co roku za pieniądze z mundórówki kupuje nowy mundór. Odpiwiem NIE!! Tę kasę przejadacie albo kupujecie lodówkę TV albo wczasy i przestań ściemniać,że jest tak źle. Pewnie dodatek kwaterunkowy też ciągniecie od Państwa jakby nie było 500zł do przodu. A Two facet w dyżór idzie na tydzień gdzie z chłopakami w pleja gra albo pornosy oglada przez tydzień a później ma miesiąc wolnego. Daj spokój i oszczędź sobie bzdurnego gadania. Emeryturka po 15 latach służby WSTYD!!!! Zdrowi ludzie biorą nie małą kasę jako emeryturki (w wieku 35 lat emeryt, tak może być tylko w Polsce) a nauczyciele nie mogą doprosić się kilku stówek podwyżek, podobnie pielęgniarki - o lekarzach nie mówię bo w rodzinie mam dwóch takich i wiem jak żyją więc oni krzywdy nie mają, a babcia na emeryturze dostaje 700zł z czego na opłaty idzie 400 a reszta na lekarstwa, a jedzenie ....... zęby w stół.


Z tego co piszesz można wnioskować, że od tych warunków polowych umarło w twoim mózgu zbyt dużo komórek. Każdy może konfabulować jak ty tylko, że w normalnym (nie wojskowym) świecie uznaje się to za chorobę psychiczną. Może własnie dlatego wydaje ci się, że pracujesz dwa lata w ciągu jednego roku więc 16 godzin zamiast 8. Może poprostu wracasz do domu po 8 godzinach pracy i dalej czujesz się jak w wojsku musztrując rodzinę. Współczuję szczerze. Po za tym jeśli twierdzisz, że masz misję do spełnienia i dla ciebie praca to służba to dlaczego twierdzisz, że normalne jest rzucanie tej służby i siedzenie w domu na emeryturze.
Otóż szanowny panie sałdat. To my cywile płacimy na was pieniądze a wy żołnierze macie nam służyć i nas ochraniać. To wy jesteście służącymi na służbie a my decydujemy co macie robić. Wam konfabulantom o niskiej inteligencji nie przysługuje żadne prawo do narzekania. Pracować i bez gadania !!!


nie jestem zazdrosny - ja chće pracować conajmniej do 60 roku życia, i nierozumiem dlaczego mam płacić za wcześniejsze emerytury innych. Pozatym doskonale wiem dlaczeo ludzie wybierają takie zawody dla których zgodnie z przepisami należy się wcześniejsza emerytura - i niepowiesz mi że przy wyborze nie kierują się tym faktem. Niepowinno być takich przepisów które umożliwiają 1 000 000 ludzi ( z pośród 14 000 000 pracujących) odchodzić na wcześniejszą emeryturę. A ty będziesz teraz trzymał zębami swoje chorą ustawę o wcześniejszych emeryturach notabene która miała być przejściowa. Tylko po drodze każdy rząd bał się ją znieść - pierwszy rząd który che zrobić porządek.


I gdzie jest MON i DWiPO, coby uswiadomić społeczeństwo jak to wygląda i sprostować brednie z gazet?
Jeden tylko Żarnowiec miał zajmować blisko 0.5 tys. ha, a mowa jest o kilku elektrowniach i to większej mocy.


Hmmm. znalazłem gdzieś przykład jakiejś elektrowni szwajcarskiej - 2 bloki o mocy 1200(?czy coś koło tego) MW łącznie - 6(!) ha powierzchni...
Teraz wyczytałem, że E.ON wykupił w Finlandii ziemię pod elektrownię - 112 ha...

Przy okazji - znalazłem ten artykuł, o którym mówiłem - polecam!
6 kwietnia 2006
Zabójczy mit Czarnobyla
20 lat po awarii

Rozmowa z prof. Zbigniewem Jaworowskim, wybitnym specjalistą w dziedzinie skażeń promieniotwórczych.
Marcin Rotkiewicz

– Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan o awarii w Czarnobylu?

Zbigniew Jaworowski: – 28 kwietnia 1986 r., późnym popołudniem. W moim gabinecie w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej (CLOR) w Warszawie słuchałem radia BBC. Właśnie wtedy Anglicy podali informację, że w Czarnobylu nastąpiła poważna awaria w elektrowni atomowej.

Do tego momentu nic pan nie wiedział o katastrofie?

Wiedziałem tylko, że coś bardzo niedobrego dzieje się za naszą wschodnią granicą. Kiedy rano tego dnia przyjechałem do CLOR, przed budynkiem czekała na mnie zdenerwowana asystentka. Do końca życia nie zapomnę jej słów: Słuchaj, przyszedł teleks ze stacji pomiarowej w Mikołajkach. Radioaktywność powietrza jest tam 550 tys. razy wyższa niż wczoraj. Nasz parking też jest silnie skażony!

Pierwsza myśl?

Wojna atomowa.

Od razu najgorsze?

Tak, natychmiast. Byłem na to nastawiony. Od ponad 20 lat intensywnie zajmowałem się przygotowywaniem systemu ochrony ludności Polski przed skutkami ataku jądrowego.

Co pan zrobił?

Poleciliśmy co dwie godziny przysyłać meldunki z naszej sieci Służby Pomiarów Skażeń Promieniotwórczych, do której należało 140 stacji w całym kraju. Szybko ustaliliśmy także, że fala radioaktywności przesuwa się ze wschodu na zachód. Coś niedobrego musiało się zatem wydarzyć w ZSRR.

Odetchnął pan z ulgą?

Tylko trochę. Nie wiedzieliśmy bowiem, czy to poważna awaria reaktora, atak terrorystyczny, a może jakaś demonstracja sowieckich wojskowych, którzy chcą dokonać przewrotu.

Rosjanie o niczym was nie informowali?

A skąd! Mimo podpisanych umów milczeli jak grób.

A polskie władze?

Nic nie wiedziały.

Niemożliwe?!

Opowiem panu, jak nasz rząd dowiedział się o Czarnobylu. Około dziesiątej rano złapałem za telefon i wykręciłem numer do gabinetu prezesa Państwowej Agencji Atomistyki. Odebrała jego sekretarka. Prezesa nie ma – usłyszałem w słuchawce. A gdzie jest? – Nie wiadomo. Udało mi się namierzyć go w ośrodku badań jądrowych w Świerku. Oderwałem go na chwilę do telefonu i mówię: Panie prezesie, mamy ogromny wzrost skażenia powietrza. Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Może to być wojna jądrowa, atak terrorystyczny albo wybuch reaktora. Jakie jest źródło skażenia, będziemy wiedzieli w ciągu dwóch godzin po zbadaniu próbek powietrza. Sądzę, że w tej sytuacji powinien pan zawiadomić premiera.

Przejął się?

Zapytał: No dobrze, ale jeszcze nie wiecie, co to jest? To informujcie mnie – tak zakończył rozmowę. Mniej więcej po godzinie miałem w ręku wyniki analiz, z których jednoznacznie wynikało, że źródłem skażenia jest reaktor. Dzwonię znów do Świerku. Ale pana prezesa już tam nie ma. Nieobecny jest również w siedzibie PAA w Warszawie. Rzucam więc wszystko, wsiadam w samochód i jadę do jego domu. Zastaję drzwi zamknięte na cztery spusty. Niech pan pamięta, że były to czasy PRL i nie mogłem po prostu zwołać konferencji prasowej czy zadzwonić do gabinetu premiera.

Z pomocą przyszła moja małżonka, która jest profesorem paleontologii i członkiem Polskiej Akademii Nauk. Znała dobrze ówczesnego sekretarza PAN prof. Zdzisława Kaczmarka. Wtedy było to stanowisko rządowe, więc mógł on kontaktować się bezpośrednio z premierem. Kaczmarek powiedział tylko: Tak, wszystko rozumiem, natychmiast zawiadomię premiera. I tak też zrobił.

Jak rząd zareagował?

Przekonałem się o tym, gdy po północy wróciłem do domu. O trzeciej nad ranem zbudził mnie telefon: Pod pana domem czeka samochód rządowy, który zawiezie pana na naradę do Komitetu Centralnego PZPR. Kiedy zjawiłem się w budynku KC (dziś mieści się w nim Centrum Bankowo-Finansowe – przyp. red.), kłębił się już tam tłum oficjeli i generałów. Ale główna narada odbyła się w gabinecie sekretarza KC Mariana Woźniaka.

Kto w niej uczestniczył?

Członkowie Biura Politycznego PZPR, rządu i Komitetu Obrony Kraju oraz prezes PAA. Ja i prof. płk Zenon Bałtrukiewicz z Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii byliśmy jedynymi ekspertami w tym gronie.

O co pana poproszono?

O ocenę sytuacji. Powiedziałem między innymi, że na razie nie musimy bać się promieniowania.

Jak to? Przecież odnotowaliście w CLOR wzrost skażenia powietrza o setki tysięcy razy?

To był jedynie wzrost tzw. całkowitej aktywności beta w powietrzu, która stanowi wyłącznie wskaźnik alarmowy, sygnalizujący, że dzieje się coś niedobrego z radioaktywnością. Tego nie da się prosto przeliczyć na dawkę promieniowania pochłanianą przez ludzi. Natomiast dla człowieka niebezpieczny jest radioaktywny cez i jod oraz promieniowanie gamma wielu innych radioizotopów. Jego dawki, jak się okazało, wzrosły wówczas tylko trzykrotnie i nie stanowiły żadnego zagrożenia dla zdrowia. To dosyć skomplikowane i dlatego doskonale rozumiem pana zdziwienie – mnie również przerażała informacja o wzroście promieniowania beta o 550 tys. razy, a przecież wiedziałem, że nie ma ono bezpośredniego związku z bezpieczeństwem ludzi.

Co więc budziło pańskie największe obawy?

Radioaktywny jod 131. Mógł on przedostać się przede wszystkim do mleka, a stamtąd do tarczyc dzieci. Mieliśmy wówczas pełnię wiosny, więc rolnicy już wypuszczali krowy na łąki skażone radioaktywnym jodem z Czarnobyla. Dlatego najważniejsza wiadomość, którą chciałem przekazać władzom, brzmiała: Trzeba jak najszybciej podać dzieciom stabilny jod, by uchronić je przed rakami tarczycy. Powiedziałem jeszcze coś: Do odpowiedniego postępowania potrzebne nam są informacje, których nie posiadamy.

Jak zareagowano na pana postulat?

Głos zabrał prowadzący naradę Marian Woźniak: To ja zadzwonię do mojego counterpart w Moskwie. Zapamiętałem dokładnie jego wypowiedź, bo użył angielskiego słówka counterpart, czyli odpowiednik. I grzecznie wyprosił wszystkich ze swojego gabinetu. Minęło jakieś 10 minut, gdy Woźniak, wyraźnie poruszony, wyszedł do zebranych. On mi powiedział, że nic nie wie – oznajmił grobowym głosem sekretarz KC.

Rosjanin kłamał?

Wtedy tak sądziłem. Dziś natomiast jestem niemal pewien, że tamten facet w Moskwie jednak nie kłamał. Oni nic nie wiedzieli, bo KGB bardzo szybko przerwała połączenia telefoniczne z Czarnobylem. Krąg osób we władzach KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – przyp. red.), które zdawały sobie sprawę, co naprawdę się wydarzyło, był bardzo ograniczony. Ta ich paranoja sekretności przyniosła paraliżujące skutki.

Czyli musieliście opierać się tylko na własnych informacjach i domysłach.

Tak. W tej sytuacji byliśmy zmuszeni przyjąć najbardziej pesymistyczny wariant – że dotrą do nas kolejne fale skażeń. Trzeba więc było jak najszybciej podać dzieciom jod w postaci płynu Lugola. Władze zaakceptowały ten postulat. Ponadto podjęto decyzję o zakazie wypasu bydła, a dzieciom zalecono picie mleka wyłącznie w proszku albo skondensowanego z puszek.

Około szóstej rano w KC pojawił się gen. Wojciech Jaruzelski, ówczesny I sekretarz PZPR. Miałem wrażenie, że jest mocno przejęty całą sytuacją. Poinformował zebranych, że w związku z awarią w Czarnobylu została powołana Komisja Rządowa pod przewodnictwem wicepremiera Zbigniewa Szałajdy.

Zaproszono pana do niej?

Tak, zostałem jej członkiem jako ekspert od skażeń promieniotwórczych.

Komisję Rządową wielokrotnie oskarżano o kłamstwa i ukrywanie informacji o prawdziwej skali skażeń w Polsce.

W ciągu pierwszych dwóch dni polityka informacyjna rządu rzeczywiście była skandaliczna. Wraz z doc. Krzysztofem Żarnowieckim z CLOR, także ekspertem komisji, przygotowaliśmy rzeczową informację o poziomie skażeń w kraju. Została ona zaakceptowana jako pierwszy oficjalny komunikat Komisji. Jakież było moje zdumienie, gdy następnego dnia przeczytałem w gazetach całkowicie zmieniony tekst, na dodatek zawierający kompletne bzdury. Okazało się, że nasz komunikat poddano „twórczej obróbce”, prawdopodobnie w Wydziale Prasy KC PZPR. Byłem wściekły. Na posiedzeniu Komisji 1 maja urządziliśmy z doc. Żarnowieckim karczemną awanturę. Powiedziałem, że takie postępowanie to skandal. Zapowiedziałem, że ja i Żarnowiecki nie napiszemy już żadnego komunikatu. Dodałem: Jeżeli nie będziemy podawali prawdziwych i pełnych danych, to stracimy zaufanie Zachodu, a nasz eksport żywności jest od niego całkowicie zależny.

Podziałało?

I to jak! W Komisji zasiadał przecież minister handlu zagranicznego. Ostateczną decyzję podjął wicepremier Szałajda – od tej pory wszystkie komunikaty dla prasy mają brzmieć dokładnie tak, jak uzgodni to Komisja. Dzięki temu skończyły się kłamstwa na temat Czarnobyla.

Niedawno znany działacz opozycji solidarnościowej Henryk Wujec zarzucił na łamach „Gazety Wyborczej”, że CLOR opracował tajny raport na temat Czarnobyla i ukrywał prawdziwą skalę skażeń. Przyjaciel Wujca i pracownik CLOR Zbigniew Wołoszyn chciał we wrześniu 1986 r. przekazać te dane opozycji, ale rzekomo został zamordowany przez SB.

Nie było żadnego tajnego raportu, a śmierć Zbigniewa Wołoszyna nie miała związku z Czarnobylem. Dwukrotnie, przed i po 1989 r., badała ten przypadek prokuratura i nie potwierdziła podejrzeń Henryka Wujca. Warto w tym miejscu przypomnieć, że raporty CLOR i Komisji Rządowej amerykańska agencja rządowa Food and Drug Administration uznała za „najbardziej przejrzyste i pożyteczne”. Po 1989 r. prezes Państwowej Agencji Atomistyki powołał specjalny zespół mający ocenić działania władz PRL w czasie katastrofy w Czarnobylu. Efektem jego prac był 50-stronicowy raport, który kończy się konkluzją, że to, co zrobiła Komisja Rządowa, było rzetelne.

Jednak prof. Andrzej Friszke, znany historyk, stwierdził w wywiadzie dla dziennika „Życie”, przeprowadzonym z okazji 15 rocznicy Czarnobyla, że władze PRL „całkowicie zlekceważyły zagrożenie, którego skutki odczuwa do tej pory wiele osób, a część spośród nich z powodu Czarnobyla zmarła. Nie podjęto żadnych specjalnych środków ostrożności”.

Jest mi przykro... Nigdy nie byłem miłośnikiem PRL, nie należałem do PZPR i miałem krytyczny stosunek do tamtej rzeczywistości. Ale fakty są takie, że żaden inny rząd w Europie nie zachował się wówczas równie odpowiedzialnie i sprawnie jak polski. Błyskawicznie przeprowadzona akcja podawania jodu, która zaczęła się już 29 kwietnia po południu, jest stawiana za wzór działań w dziedzinie ochrony radiologicznej. Była to największa w historii medycyny akcja profilaktyczna dokonana w tak krótkim czasie. W ciągu zaledwie trzech dni 18,5 mln ludzi wypiło płyn Lugola, ponieważ akcją zostały objęte nie tylko dzieci. Wie pan, kiedy w ZSRR zaczęto podawać jod?

Nie.

Po miesiącu od wybuchu reaktora. Zresztą nawet w USA służby ratownicze nie były w stanie szybko przeprowadzać podobnych działań. Kiedy w 1979 r. doszło do poważnej awarii w elektrowni atomowej Three Mile Island, to Amerykanie dostarczyli jod okolicznej ludności dopiero po ośmiu dniach. Chciałbym również prof. Friszke uświadomić, że teraz tego typu akcja byłaby niemożliwa. Nie mamy przygotowanych zapasów jodu w aptekach, sieć monitoringu skażeń promieniotwórczych poszła w rozsypkę, a w CLOR, z powodu braku pieniędzy, część wykwalifikowanych pracowników została zatrudniona na etatach ochroniarzy!

Wiele osób ma jednak do dziś pretensje do Komisji Rządowej, że nie odwołała pochodów pierwszomajowych. Zaledwie trzy dni po katastrofie w Czarnobylu...

Podczas wspomnianej nocnej narady w KC PZPR sam rekomendowałem odwołanie pochodów oraz wysłanie na ulice polewaczek z wodą, żeby spłukiwały pył, jak również zabronienie dzieciom wychodzenia z domów. Nie zgodzono się na to, tłumacząc, że takie działania wywołają panikę. I to była jak najbardziej słuszna decyzja. Zresztą 1 maja nastąpił gwałtowny spadek skażenia powietrza w Polsce. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: niczyje zdrowie w naszym kraju nie było zagrożone z powodu Czarnobyla. Co więcej, gdybym miał wówczas obecną wiedzę na temat skali skażeń i tego, co dokładnie wydarzyło się w czarnobylskiej elektrowni, nie rekomendowałbym nawet podawania ludności płynu Lugola.

Naprawdę nic nam nie groziło?

Zupełnie nic. Dawka promieniowania, którą otrzymaliśmy, była minimalna. Bez znaczenia dla zdrowia.

Podawanie jodu było więc niepotrzebne?

Teraz sądzę, że tak. Zakładaliśmy jednak najgorsze i stosowaliśmy się do, jak już teraz wiemy, przesadnie ostrożnych zaleceń międzynarodowych. Na pewno jednak uniknęliśmy koszmarnych błędów popełnionych w ZSRR, gdzie zupełnie bezsensownie przesiedlono 336 tys. ludzi z tzw. terenów skażonych. Gdyby władze sowieckie nie kiwnęły palcem w bucie, dosłownie nie zrobiły nic dla ochrony ludności przed skutkami Czarnobyla, byłoby to nieporównanie lepsze niż decyzje, które podjęto.

Ale przecież cały świat jest przekonany, że od promieniowania zginęły tam tysiące ludzi, a ogromne tereny zostały skażone na całe tysiąclecia. Do dziś wokół Czarnobyla istnieje zamknięta 30-kilometrowa strefa.

To są powtarzane od lat mity nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. 30-kilometrową zonę rzeczywiście utworzono, tylko nie wiadomo po co.

Pan chyba żartuje...

Mówię to z pełną odpowiedzialnością. To nie są moje wymysły. Proszę zajrzeć do raportu Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) z 2000 r. W dziedzinie skażeń promieniotwórczych i ich następstw dla zdrowia jest to najbardziej miarodajna instytucja na świecie, w której zasiada ponad setka najwybitniejszych specjalistów z 21 krajów.

Co zatem mówi UNSCEAR?

Że jedynie 134 pracowników elektrowni było narażonych na bardzo wysokie dawki promieniowania, po których rozwinęła się ostra choroba popromienna. W ciągu kilku miesięcy od katastrofy 31 osób zmarło i są to jedyne śmiertelne ofiary Czarnobyla.

A nowotwory?

Raport UNSCEAR jasno mówi, że nie ma żadnych naukowych dowodów, by wśród ludności Ukrainy, Rosji i Białorusi zwiększyła się liczba zachorowań na raka lub wystąpiły inne choroby mogące mieć związek z promieniowaniem. Stwierdzono natomiast ogromny wzrost chorób psychosomatycznych – zaburzeń układów oddechowego, trawiennego i nerwowego. Co to oznacza? Że ludzie panicznie bali się i nadal boją zagrożenia, które nie istniało.

Jaka więc była prawdziwa skala skażeń?

W pobliżu elektrowni jest niecały kilometr kwadratowy tak skażony, że tuż po wybuchu wyginęły tam drzewa. Reszta tzw. zamkniętej zony nadaje się do zamieszkania, włącznie z wysiedlonym i pustym do dziś miastem Prypeć, położonym 3 km od elektrowni czarnobylskiej. Poziom promieniowania jest tam taki jak w Warszawie. Na najsilniej skażonych terenach Białorusi, Rosji i Ukrainy roczne dawki promieniowania, spowodowane katastrofą czarnobylską, wynoszą ok. 1 mSv (milisiwerta). Dla porównania, są rejony na świecie (np. we Francji, Brazylii i Iranie), w których roczne naturalne dawki promieniowania z gleby i skał sięgają dziesiątków, a na nawet setek milisiwertów. Ludzie żyją tam od wieków i cieszą się dobrym zdrowiem. Nikomu nie przychodzi też do głowy, by ich wysiedlać. Dodam, że w Polsce w ciągu pierwszego roku po katastrofie dawka odczarnobylska wynosiła 0,3 mSv.

A nowotwory tarczycy u dzieci?

UNSCEAR stwierdził 6 lat temu, że na terenach Rosji, Ukrainy i Białorusi wykryto ok. 1800 raków tarczycy u dzieci. Na szczęście nowotwory te są w około 95 proc. całkowicie wyleczalne. Nawet jednak te dane budzą liczne wątpliwości uczonych. Wspomnę tylko o jednej: jest bardzo prawdopodobne, że wzrost liczby raków tarczycy na tzw. terenach skażonych to nie efekt promieniowania, ale skrupulatnych badań ludności, których przed 1986 r. w ogóle nie prowadzono. Wiele spośród raków tarczycy to tzw. nowotwory nieme, które do końca życia nie dają żadnych objawów. Ludzie najczęściej są więc zupełnie nieświadomi, że mają raka. Dowiadują się o tym dopiero wtedy, gdy wykonają specjalistyczne badania.

Czy raport UNSCEAR to jedyny dokument demaskujący czarnobylskie mity?

Nie, w 2002 r. cztery oenzetowskie organizacje – WHO, UNDP, UNICEF i UN-OCHA – sporządziły dokument, w którym piszą niemal to samo co UNSCEAR.

Skąd w takim razie wziął się przerażający mit Czarnobyla?

Ludzie nie tylko boją się Czarnobyla, ale w ogóle mają paniczny lęk przed promieniowaniem. To zjawisko ma nawet swoją nazwę – radiofobia. Przecież od ataków atomowych w Hiroszimie i Nagasaki straszono nas wojną atomową i jej przerażającymi skutkami związanymi z promieniowaniem. Ale ogromnie zawinili również uczeni, bo bezkrytycznie, jak stado baranów, przyjęli za podstawę działania w ochronie radiologicznej tzw. hipotezę LNT.

Co to takiego?

We wczesnych latach 50. amerykański uczony i noblista Hermann Muller przeprowadził eksperyment dotyczący wywoływania zmian genetycznych przez promieniowanie. Bardzo silnymi dawkami naświetlał muszki owocowe i sprawdzał poziom uszkodzeń ich DNA. W tych doświadczeniach wyszła mu prosta zależność liniowa – im silniejsza była dawka promieniowania, tym więcej powstawało mutacji w materiale genetycznym owadów. Stąd wyciągnięto wniosek, że również małe dawki promieniowania są szkodliwe – jednak w ogóle nie potwierdzono tego eksperymentalnie. Tak narodziła się tzw. hipoteza LNT (linear non-threshold, czyli liniowo bezprogowa), mówiąca, iż nawet bliska zeru dawka promieniowania może być groźna dla zdrowia. LNT została przyjęta jako podstawa bardzo restrykcyjnych przepisów w ochronie radiologicznej.

LNT okazała się nieprawdziwa?

Całkowicie. Jeszcze w latach 60. sam w nią wierzyłem, ale z czasem zaczęły pojawiać się wyniki badań dotyczące skutków zdrowotnych małych dawek promieniowania. Na początku lat 80. było już ponad 2 tys. prac naukowych na ten temat. Wskazywały, że małe dawki promieniowania są nie tylko niegroźne, ale mają wręcz pozytywny wpływ na nasze zdrowie.

Jak to możliwe?

W toku ewolucji organizmy ssaków zostały wyposażone w bardzo sprawnie działające mechanizmy naprawy uszkodzeń w DNA spowodowanych przez różne czynniki, znacznie bardziej toksyczne niż promieniowanie jonizujące. Są nimi przede wszystkim agresywne rodniki powstające wskutek metabolizmu tlenu. W ciągu każdej sekundy naszej rozmowy powodują one ok. 2,2 uszkodzeń DNA w każdej z pańskich i moich komórek. Te uszkodzenia są jednak natychmiast naprawiane. Natomiast średnia roczna dawka promieniowania naturalnego (pochodzi ono z kosmosu, gleby i licznych radioizotopów naturalnych obecnych w ciele człowieka) powoduje w ciągu roku zaledwie 5 uszkodzeń DNA w każdej komórce.

Ale pan mówi nawet o pozytywnym wpływie małych dawek promieniowania.

Tak, bo pobudzają one mechanizmy obronne i naprawcze. Promieniowanie niejako zmusza organizm do bardziej skutecznej reakcji. To jest hipoteza tzw. hormezy radiacyjnej, która świetnie tłumaczy takie oto pozornie paradoksalne zjawisko – ratownicy z Czarnobyla, którzy otrzymali stosunkowo spore, ale niegroźne dla życia dawki promieniowania, są zdrowsi niż reszta populacji. To samo zaobserwowano m.in. wśród pracowników stoczni remontujących okręty podwodne z napędem jądrowym i wśród lekarzy-radiologów.

Ale LNT nadal obowiązuje?

Tak, choć jest już naukowym trupem. Zanim jednak zostaną zmienione absurdalne administracyjne przepisy ochrony radiologicznej, minie sporo czasu. Problemem są również interesy rozmaitych grup – na ochronę radiologiczną wydaje się dziś na świecie miliardy dolarów. Ktoś na tym zarabia i nie ma żadnego interesu, by utracić tak cenne źródło dochodów.

Czy właśnie opierając się na LNT prognozowano tysiące zgonów spowodowanych katastrofą czarnobylską oraz podejmowano decyzje o wysiedlaniu ludzi?

Tak. Np. w 1987 r. pojawił się amerykański raport, w którym przewidywało się 36 tys. zgonów na tzw. terenach skażonych byłego ZSRR. Dziś autorzy tego dokumentu bardzo się wstydzą tych prognoz.

A kalekie dzieci, często pokazywane jako ofiary Czarnobyla?

To czysta manipulacja. Na tzw. terenach skażonych nie odnotowano żadnego wzrostu liczby urodzin dzieci z ciężkimi wadami rozwojowymi. Natomiast w każdej populacji, od Warszawy po Hawaje, występuje ok. 3 proc. tego typu przypadków. Wystarczy więc pojechać z kamerą, sfilmować dziecko, które np. przyszło na świat bez rąk, i dodać komentarz, że jest to ofiara Czarnobyla. Dziennikarze wielokrotnie postępowali w ten sposób.

Jaka była reakcja na raport UNSCEAR?

Rosjanie podchodzą do sprawy racjonalnie, natomiast Ukraina i Białoruś się wściekły. I wcale im się nie dziwię. Do krajów tych płynie nieustannie strumień pieniędzy z pomocy międzynarodowej. Sama Ukraina do 2000 r. wydała na „usuwanie skutków katastrofy” prawie 148 mld dol. Sporą część tej sumy pochłonęły różne ulgi, dodatki i renty wypłacane tzw. ofiarom Czarnobyla. W Rosji, na Białorusi i Ukrainie naliczono bowiem aż 7 mln osób rzekomo poszkodowanych przez promieniowanie. Tymczasem cztery agendy ONZ określiły dotychczasowe postępowanie władz jako błędne, pomoc finansową za zmarnowaną oraz zaleciły całkowitą zmianę polityki społecznej i zdrowotnej.

Zalecenia te zostaną zrealizowane?

A kto będzie miał odwagę odebrać milionom ludzi dodatki pieniężne i przywileje?

Czego więc nauczył nas Czarnobyl?

Że energetyka jądrowa jest najbezpieczniejszym obecnie dostępnym źródłem energii. W Czarnobylu doszło do najgorszej katastrofy, jaką można sobie wyobrazić w elektrowni atomowej. Na dodatek siłownia Czarnobylska urągała wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Ten obiekt był jednym wielkim skandalem. Ale to nie wszystko. W następstwie wybuchu reaktora zostały uwolnione do atmosfery ogromne ilości substancji promieniotwórczych, które dotarły nawet na Antarktydę. I co? I nic. Zginęło 31 osób – mniej niż w zawalonej w styczniu br. hali w Chorzowie. Niebezpiecznie skażony został niecały kilometr kwadratowy ziemi. To wszystko!

rozmawiał Marcin Rotkiewicz

Prof. dr hab. Zbigniew Jaworowski z wykształcenia jest lekarzem radioterapeutą. Od 1970 r. przez 17 lat kierował Zakładem Higieny Radiacyjnej w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Obecnie jest przewodniczącym rady naukowej CLOR. Od 1973 r. reprezentuje Polskę w Komitecie Naukowym ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR), któremu także przewodniczył w latach 1980–1981. Jest autorem kilkuset prac naukowych. Był również organizatorem 10 wypraw na lodowce prawie wszystkich kontynentów. Celem tych ekspedycji, finansowanych głównie przez amerykańską Agencję Ochrony Środowiska (EPA), było zbadanie poziomu zanieczyszczeń atmosfery globu w ciągu ostatnich kilkuset lat.

To, co wydarzyło się 5 maja na terenie Zakładu Utylizacyjnego w Śmiłowie, stanowiło przez dwa dni główny news ogólnopolskich programów informacyjnych.

- Bezprawnie pozbawiono nas wolności - twierdzili reporterzy TVP1.

Właściciel ,,Farmutilu'' uważa, że bronił jedynie reżimu sanitarnego zakładu, swojej prywatnej własności, a to, co zrobili dziennikarze, to był...

NAJAZD NA STOKŁOSĘ!

Przez prawie całe przedpołudnie nic nie wskazuje na to, że dzień 5 maja 2004 roku będzie czymś się różnił od innych dni w zakładzie ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie. Krótko przed godziną 11. trzech pracowników wraca z oczyszczalni ścieków na teren zakładu utylizacyjnego. Zauważają nagle, że przy wewnątrzzakładowej drodze parkuje bus z logo TVP. Dalej, w rejonie zbiorników tłuszczu, natykają się na mężczyznę z rozstawionym statywem i kamerą skierowaną na budynki utylizacji. Jeszcze dalej, przy głównym obiekcie zakładu, dostrzegają inne nieznane im osoby.

Przybysze podają się za dziennikarzy Programu I TVP, nie posiadają jednak żadnych widocznych identyfikatorów (wyjmą je dopiero później). Nie potrafią też wylegitymować się przepustką, uprawniającą do pobytu na terenie zakładu. Po ujawnieniu ich obecności przez pracowników zakładu, czym prędzej zwijają sprzęt i pośpiesznie czmychają w kierunku busa.

Jarosław Kozłowski, dyspozytor bazy transportu: W trójkę: dyrektor Marcin Sidorowicz, kierownik Zbigniew Klugiewicz i ja wracaliśmy z oczyszczalni ścieków. W pewnej odległości za szlabanem po stronie Zakładu Utylizacyjnego zauważyliśmy biały bus, na którym było logo TVP. W samochodzie był tylko kierowca. Pojechaliśmy kawałek dalej i w pobliżu zbiorników tłuszczu zastaliśmy rozstawiony statyw, na nim kamerę skierowaną na budynki utylizacji i obsługującego ją mężczyznę. Jakieś osoby kręciły się też po zakładzie. Zatrzymaliśmy się, a ja zwróciłem dyrektorowi uwagę, że nie widzę przy nich nikogo z naszej firmy. Dyrektor Sidorowicz zapytał, kim są i czy mają pozwolenie. Pani redaktor powiedziała nam, że nie potrzebują żadnego zezwolenia i chroni ich prawo prasowe. Mimo to zaczęli pospiesznie zwijać sprzęt i w popłochu wycofywać się w stronę busa.

Marcin Sidorowicz, dyrektor transportu i ochrony środowiska: Ich zachowanie wydało mi się na tyle podejrzane, że włączyłem wsteczny bieg i moim samochodem zastawiłem drogę wyjazdu, by uniemożliwić im ucieczkę. W moim przekonaniu postąpiłem słusznie. Zachodziło bowiem podejrzenie popełnienia wykroczenia lub przestępstwa. Bus co prawda był oznakowany, ale jaką mogłem mieć pewność, kim w rzeczywistości są ci ludzie. W dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. Przestępstwa gospodarcze lub nawet sabotaż są na porządku dziennym. Dlatego natychmiast o tym incydencie powiadomiłem dyrektora zakładu Łukasza Stokłosę.

Zbigniew Klugiewicz, kierownik ochrony środowiska i oczyszczalni ścieków: Nasze zachowanie było w pełni uzasadnione. Po pierwsze, na prywatnym terenie znalazła się grupa intruzów z nieznanymi nam zamiarami. Po drugie, ludzie ci i ich pojazd znajdowali się w tzw. strefie brudnej, której - zgodnie z obowiązującymi we wszystkich krajach Unii Europejskiej przepisami - nikt nie może opuścić bez poddania się dezynfekcji.

O godzinie 10.58 telefoniczne zawiadomienie o pobycie obcych osób na terenie Zakładu Utylizacji w Śmiłowie odbiera Komenda Powiatowa Policji w Pile. W ślad za tym policja otrzymuje pismo od właściciela zakładu, Henryka Stokłosy. ,,Wtargnięcie na posesję stanowiącą moją własność nastąpiło w miejscu usytuowania oczyszczalni ścieków oraz Zakładu Utylizacji. Są to newralgiczne punkty z uwagi na reżim sanitarny i weterynaryjny, wynikający z przepisów regulujących funkcjonowanie tego typu instalacji oraz normy systemu ISO i HACCP, obowiązujące w tym zakładzie''. Senator informuje, że przebywanie na terenie Zakładu Utylizacji wiąże się z koniecznością poddania osób i pojazdu zabiegom dezynfekującym; prosi w związku z tym policję o zabezpieczenie możliwości wykonania tych zabiegów. Prosi ponadto o zabezpieczenie ewentualnie zrealizowanych bez jego zgody nagrań.

Obie strony składają doniesienie o popełnieniu przestępstwa - Henryk Stokłosa o wtargnięciu ekipy TVP na teren jego zakładu, dziennikarze, telefonicznie, o pozbawieniu ich wolności.

2

Kwadrans po godzinie 12. czynności podejmują funkcjonariusze z Posterunku Policji w Kaczorach. Sylwia Gadomska, która przewodzi pięcioosobowej ekipie reporterów TVP1, składając wyjaśnienia, twierdzi najpierw, iż wraz z kolegami zbłądziła i nie miała pojęcia o tym, że wjeżdżają na teren prywatny. Później zeznaje, że zamierzali wjechać na zakład w celu przygotowania materiału do zaplanowanego na następny dzień programu interwencyjnego ,,Na żywo''. Trasę przez pola ktoś im wskazał. Jeszcze później, gdy o sprawie zrobi się głośno, w relacjach telewizyjnych będzie powtarzała, że jej ekipa cały czas poruszała się drogą publiczną, a na zakład wjechała całkowicie nieświadomie.

Na teren zakładu ,,Farmutil HS'' prowadzą dwa wjazdy. Przy każdym jest dyżurka, biuro przepustek, barierki, oba są oznakowane, doskonale widoczne z drogi krajowej nr 10. Dziennikarze TVP1 z głównych bram jednak nie skorzystali. Z szosy Śmiłowo - Zelgniewo zjechali w zwykłą polną drogę, prowadzącą do odległej o kilkaset metrów posesji Ryszarda Reinke. Omijając zabudowania gospodarstwa, dotarli do wewnątrzzakładowych dróg ,,Farmutilu''. Jedną z nich jechali następnie ok. dwóch kilometrów wzdłuż lasu, aż do kolejnego szlabanu, blokującego bezpośrednio wjazd na teren zakładu utylizacji. Wykorzystali fakt podniesienia bariery przez kierowcę ciągnika, który w tym czasie wyjeżdżał do zakładowej oczyszczalni ścieków.

Na pytanie do Piotra Wąsowskiego, jednego z członków ekipy TVP1, dlaczego, zamiast wjechać na zakład oficjalnie jedną z głównych bram, ryzykowali błądzenie po nieznanych drogach, których nie ma na samochodowych mapach, Gadomska mityguje go: - Nic nie mów!

Jak się później okazuje, powściągliwość dziennikarki ma swoje uzasadnienie. Ustaliliśmy, że dwie ekipy telewizyjne spotkały się wcześniej w smażalni ,,Złoty Lin'' Huberta Karolczaka. Następnie jeden z wozów udał się do Kaczor, a drugi zatrzymał się przy barze ,,U Doroty''. Widziano, jak właścicielka lokalu Dorota Pawłowska wskazuje drogę na Zelgniewo. Mimo że kilka metrów obok stoi tablica z napisem: Zakład Rolniczo-Przemysłowy ,,Farmutil HS'' i wiedzie droga do jednej z dwóch głównych bram firmy, dziennikarze pojechali wskazaną trasą. Po około dwóch kilometrach zjechali w piaszczystą drogę, przecinającą prywatne pole...

3

O godzinie 13.34 do sekretariatu ,,Farmutilu'' nadchodzi faks od powiatowego inspektora weterynarii. Jan Hartliński informuje w nim, że ,,podstawowym warunkiem funkcjonowania zakładu utylizacyjnego jest jego zabezpieczenie przed możliwością wydostania się na zewnątrz czynników zakaźnych, np. na powierzchniach ciała i ubrania osób, narzędziach, sprzęcie, urządzeniach, środków transportu, które mogą znajdować się w surowcach poddawanych przetwarzaniu - utylizacji. W związku z powyższym każda osoba przebywająca w części zakaźnej bez odpowiedniego zabezpieczenia przed jego opuszczeniem winna umyć ciało i zmienić odzież, a używaną w tej części zakładu odzież poddać odkażeniu w 1% roztworze sody kaustycznej. Narzędzia, sprzęt, urządzenia, środki transportu przed ich wyprowadzeniem z części zakaźnej zakładu należy poddać zabiegom oczyszczania i odkażania''.

Pismo z zaleceniami powiatowego inspektora weterynarii otrzymuje do wiadomości Komenda Powiatowa Policji w Pile. ,,Stanowisko lekarza było nieugięte: bez dezynfekcji dziennikarze nie mogą opuścić zakładu. My musieliśmy jego decyzję respektować i ją egzekwować'' - wyjaśni później zachowanie policji nadkom. Mirosław Wegner. Na ewentualność przeprowadzenia pełnej dezynfekcji policjanci przygotowali dla dziennikarzy dresy.

Nazajutrz redakcje prasowe oraz rozgłośnie radiowe i telewizyjne otrzymają też w tej sprawie komunikat rzecznika prasowego Wielkopolskiego Komendanta Wojewódzkiego Policji. W jego treści wyróżniono pogrubioną czcionką dwa akapity:

W związku z wydarzeniami zaistniałymi 5 maja br. w Zakładzie Utylizacyjnym w Śmiłowie (pow. pilski) informuję, że wszelkie decyzje dotyczące przestrzegania przepisów sanitarnych podejmował będący cały czas na miejscu powiatowy lekarz weterynarii.

Dziennikarze odmówili poddania się procedurze odkażania i powiatowy lekarz weterynarii zarządził, aby osoby te nie opuszczały zakładu bez uprzedniego umycia ciała oraz zmiany odzieży i obuwia.

Jan Hartliński, powiatowy lekarz weterynarii w Pile: O incydencie w Śmiłowie zostałem powiadomiony przez Komendę Powiatową Policji w Pile. Dowiedziałem się, że na terenie Zakładu Utylizacyjnego ZRP ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie znajdują się dziennikarze telewizji publicznej, którzy wtargnęli tam samowolnie i do czasu zauważenia ich przez pracowników zakładu poruszali się samodzielnie po jego terenie. Zostałem zobowiązany do zajęcia stanowiska w tej sprawie. Wówczas skontaktowałem się z przedstawicielem zakładu utylizacyjnego, który telefonicznie potwierdził fakty przekazane przez policję. Ponieważ dziennikarze przez pewien czas poruszali się po zakładzie samodzielnie, nie mogłem wykluczyć, że przebywali również w części brudnej (zakaźnej).

(...) Aby zniszczenie czynników zakaźnych było całkowite, muszą być spełnione określone reżimy sanitarne. Dlatego każdy zakład utylizacyjny jest rozdzielony na część brudną (zakaźną), do której wwożone są odpady, i część czystą, w której znajdują się wysterylizowane produkty procesu utylizacyjnego, tj. mączka mięsno-kostna i tłuszcz utylizacyjny. Jest to realizowane poprzez odpowiednie postępowanie. Potencjalny czynnik zakaźny może być wyprowadzony na zewnątrz na powierzchniach środka transportu, którym zostały wwiezione odpady i dlatego środek transportu po rozładunku jest oczyszczany, myty i odkażany, a także poprzez pracowników tej części zakładu, tj. na powierzchni ich ciała i ubrania. Dlatego też osoby zatrudnione w tej części zakładu po zakończeniu pracy myją i odkażają buty gumowe, zdejmują odzież roboczą i wrzucają do basenu z 1% roztworem sody kaustycznej w celu jej odkażenia przed przekazaniem do pralni, a pod natryskiem dokładnie myją całe ciało, po czym przechodzą do następnej części szatni, gdzie zakładają domowe ubranie i buty, w których przyszli do pracy. Po tej czynności opuszczają zakład. Ze względu na te zasady postępowania postanowiłem, aby dziennikarze poddali się takim samym zabiegom, jak pracownicy zakładu. Zgodnie z realizowanym w zakładzie systemem bezpieczeństwa zdrowotnego, wszyscy goście poruszający się po terenie zakładu zobowiązani są do przestrzegania zasad higieny takich samych, jak dla pracowników zakładu. Dziennikarze jednak odmówili twierdząc, że jest to procedura dla nich poniżająca i stan ten trwał około 12 godzin. W późnych godzinach wieczornych główny lekarz weterynarii w mediach publicznych zajął stanowisko, że w tej konkretnej sytuacji działaniem wystarczającym będzie, jeżeli osoby te umyją twarze i ręce, odkażą ręce i obuwie oraz zostanie odkażony środek transportu, którym wjechali na teren zakładu. Zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego organ wyższego rzędu (np. Główny Lekarz Weterynarii) może zmienić decyzję organu niższego (np. Powiatowego Lekarza Weterynarii) w formie pisemnej lub ustnej - co nastąpiło. Na taką formę dezynfekcji dziennikarze przystali dopiero po kolejnych negocjacjach. Zrozumieli, że spełnienie tego wymogu było niezbędne, by mogli opuścić teren zakładu utylizacyjnego.

4

Około godziny 13. na miejsce zdarzenia zostają dowiezione napoje i kanapki. O godzinie 18. bigos, kiełbasa, pieczywo. Dziennikarze odmawiają poczęstunku. Proszą jedynie o możliwość skorzystania z toalety. Ta zostaje im udostępniona w stojącym kilkanaście metrów dalej budynku, tzw. ,,domku rybaka'', zamieszkałym przez jednego z pracowników ,,Farmutilu''. Red. Gadomska powtórzy później wielokrotnie, że przez 6 godzin nie mogła skorzystać z sanitariatu. Jeszcze o godzinie 22.25 w telefonicznej relacji dla programu TVN24 poskarży się: ,,Mija trzynasta godzina, jak jesteśmy tu bez jedzenia i bez picia''.

Za pomocą telefonu komórkowego dziennikarka powiadamia o zajściu inne media. W godzinach popołudniowych na teren zakładu od strony drogi K-10 samowolnie wjeżdża ekipa TVN i radiowej Trójki. Ignoruje oznakowania, że teren jest prywatny, forsuje śluzę dezynfekcyjną, nie zważa na próby zatrzymania przez pracowników ZRP ,,Farmutil HS''. ,,Działanie powyższe stanowi niedopuszczalne i bezprawne naruszenie własności prywatnej i świadczy o wyjątkowej arogancji'' - pisze w kolejnym zawiadomieniu o przestępstwie senator Stokłosa.

Pod wieczór incydent w Śmiłowie jest już głównym tematem większości serwisów informacyjnych. Przy szlabanie, dwa kilometry od zakładu utylizacji, gromadzą się dziennikarze. Wewnątrz zakładu od kilku godzin sytuacja jest patowa. Reporterzy TVP1 uporczywie odmawiają poddania się procedurze dezynfekcji. Nie chcą też skorzystać z propozycji poddania się zabiegowi odkażenia przez zewnętrzną firmę, świadczącą tego typu usługi. Wielkopolski komendant wojewódzki policji kieruje na miejsce zdarzenia swego zastępcę wraz z negocjatorem. ,,Nie musimy być zdezynfekowani, bo jesteśmy na obrzeżach zakładu. Od zakładu dzieli nas pół kilometra'' - utrzymuje, wbrew prawdzie, w telefonicznej relacji dla TVN24 Sylwia Gadomska.

Późnym wieczorem, dzięki mediacjom wielkopolskiego komendanta wojewódzkiego policji z głównym lekarzem weterynarii, zapada decyzja o zmianie w sposobie przeprowadzenia dezynfekcji poprzez umycie tylko twarzy, rąk, obuwia oraz pojazdu. Zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego, główny lekarz weterynarii mógł tego dokonać jako organ wyższego rzędu w stosunku do lekarza szczebla powiatowego.

- Jeśli dziennikarze przebywali w części brudnej zakładu, gdzie przyjmuje się surowiec, muszą poddać się dezynfekcji. Takie są procedury na całym świecie. Jest to bardzo prosta sprawa: umycie rąk i podeszwy butów. To kwestia maksymalnie minuty - objaśnia w telewizji Piotr Kołodziej, główny lekarz weterynarii.

5

Medialny show trwa w najlepsze. Piątka reporterów wie już, że od wielu godzin jest na ustach całej Polski. Telewizja poznańska podaje informację, iż zatrzymani dziennikarze są ,,upokarzani'' i że wychodząc z samochodu ,,drżą i nie czują się bezpiecznie''. TVN informuje, że ekipa została ,,zaaresztowana''.

- Policja zapewnia pełne bezpieczeństwo - dementuje takie rewelacje podkom. Sławomir Sobański, rzecznik KPP w Pile. W celu sprostowania podawanych publicznie informacji, Henryk Stokłosa przygotowuje oświadczenie dla Polskiej Agencji Prasowej.

Oświadczenie

dla Polskiej Agencji Prasowej

W związku z faktem, że we wcześniejszych relacjach PAP dotyczących rzekomego przetrzymywania dziennikarzy TVP w Śmiłowie pojawiło się szereg błędów i przeinaczeń, proszę o przekazanie opinii publicznej mojego oświadczenia w tej kwestii:

W dniu 5 maja około godziny 11.00 na teren Zakładu Rolniczo-Przemysłowego ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie, którego jestem właścicielem, wtargnęła ekipa Programu 1 TVP. Dziennikarze ci, mimo że mogli wcześniej poprosić o zgodę na filmowanie zakładu, nie skorzystali z tego, lecz wjechali polnymi drogami prowadzącymi na jego zaplecze. Zignorowali ostrzeżenie, że są na terenie prywatnym i wykorzystując nieuwagę jednego z pracowników, który zostawił otwartą barierę, dostali się na teren zakładu. Rozłożyli następnie sprzęt do filmowania, informując pracowników którzy ich o to pytali, iż są tu z kimś umówieni. Ze względu na fakt, że wtargnięcie na teren zakładu utylizacyjnego przetwarzającego niebezpieczne dla środowiska odpady naruszyło obowiązujące w nim przepisy związane z bezpieczeństwem sanitarnym, zostali zatrzymani przez ochronę zakładu w celu poddania się rutynowym zabiegom odkażającym, w szczególności chodziło o umycie rąk, dezynfekcję butów i kół samochodu. Niestety, członkowie ekipy odmawiali przez wiele godzin poddania się temu zabiegowi. Opuścili zakład, po tym, jak zgodzili się poddać tej procedurze. Przez cały czas nad bezpieczeństwem ekipy TVP czuwała policja oraz służby sanitarne zakładu.

Tak, najkrócej ujmując, przedstawiają się fakty. W relacjach PAP były one przeinaczane, głównie przez członków ekipy Programu 1 TVP, którzy byli w stałym kontakcie telefonicznym z dziennikarzami znajdującymi się poza zakładem pracy.

Pomijając przykłady dziennikarskiego niechlujstwa, polegające na okaleczeniu nazwy miejscowości oraz błędach w identyfikacji ekipy telewizyjnej (TVP3 zamiast TVP 1), pojawiły się istotne dla przebiegu wydarzeń wiadomości nieprawdziwe, takie jak:

- że dziennikarze zostali zatrzymani pół kilometra przed zakładem,

- że służby ochronne zakładu odebrały im kasetę z nagraniami,

- że jechali drogą publiczną i przypadkowo wtargnęli na teren zakładu,

- że nie umożliwiono im dostępu do sanitariatów i nie proponowano pożywienia.

Ten sposób manipulowania faktami naruszył moje dobre imię jako Senatora RP i polskiego biznesmena. Ekipa programu TVP urządziła sobie medialny spektakl, którego celem było podważenie mojej wiarygodności jako polityka i przedsiębiorcy. Uważam takie postępowanie za skandaliczne.

Z wyrazami szacunku:

Henryk Stokłosa

Senator RP

Wygląda na to, że im większy szum w mediach, tym reporterom TVP1 mniej pilno do poddania się dezynfekcji. Późnym wieczorem - już po informacji o złagodzeniu procedury dezynfekcji przez głównego lekarza weterynarii - Sylwia Gadomska niby to zapewnia telewidzów: ,,Chcemy stąd wyjechać'', jednocześnie w kwestii odkażenia oznajmia: ,,Na razie się na to nie zgadzamy''.

W tym czasie gościem studia w Warszawie jest prezes TVP Jan Dworak. - Czy dziennikarze powinni się zgodzić na te warunki? - pyta prowadzący program. - Jeśli są to czynności nie upokarzające, to mogliby na to przystać - odpowiada prezes TVP.

Po drugiej stronie łączy, w Śmiłowie, Beata Krzeszewska, zastępca komendanta pilskiej policji, wyjaśnia: - Dziennikarze powinni umyć dłonie, ręce, obuwie, auto musi przejechać przez kanał.

Prezes Dworak: - Czy policja jest w stanie zagwarantować, że te dziwaczne czynności...

Komisarz Krzeszewska: - ... przepraszam bardzo, ale to nie są ,,dziwaczne czynności''. Taki jest wymóg. Ja także poddam się dezynfekcji.

Kwadrans przed północą dziennikarze zgadzają się na przeprowadzenie dezynfekcji. Razem z nimi odkażeniu poddają się policjanci chroniący ekipę telewizyjną.

O północy przed sklepem w centrum Śmiłowa odbywa się coś w rodzaju konferencji prasowej. Wcześniej wóz TVP1 na chwilę zatrzymuje się przy drodze wyjazdowej z ,,Farmutilu'' - ktoś z ekipy telewizyjnej pokazuje pracownikowi zakładu znak ,,fuck you''. Zaraz potem w świetle kamer Sylwia Gadomska uskarża się na trzynastogodzinne przetrzymywanie bez jedzenia i picia, a także - jak twierdzi - przez wiele godzin bez dostępu do toalety. Na pytanie, czy ekipa zdołała coś utrwalić na taśmie, odpowiada: - Tajemnica dziennikarska.

Wcześniej, w zeznaniach dla policji, podała, że jej ludzie nie zdążyli niczego sfilmować.

6

6 maja na godzinę 10. Henryk Stokłosa zwołuje konferencję prasową. W oświadczeniu, które przedstawia na wstępie, odnosi się do zajścia z poprzedniego dnia. ,,Dotychczas moja współpraca z dziennikarzami układała się poprawnie - do nikogo nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń. Dlatego jesteśmy mocno zaskoczeni tym, co nas wczoraj spotkało. Dziennikarze z pierwszego programu telewizji publicznej wjechali na teren zakładu od tyłu - drogą zakładową, prywatną, przekraczając jeden szlaban, gdzie wyraźnie jest napisane: wstęp wzbroniony. Następnie przejechali dalej i schowali się w małym lasku. Chwilę później tą samą drogą jechał mój pracownik, otworzył szlaban, z czego skorzystali dziennikarze, wjeżdżając na teren zakładu bez żadnego pozwolenia. Nie pytając nikogo o zgodę, zaczęli filmować. Zapytani później, co robią, stwierdzili, że czekają na spotkanie z pracownikiem, nie umieli jednak odpowiedzieć z kim''.

Stokłosa wyjaśnia, że w zakładzie utylizacyjnym ze względu na jego specyfikę obowiązują ścisłe rygory sanitarne, związane z wprowadzeniem systemów HACCP i ISO. - Procedura określa jednoznacznie, że osoby, które wjechały na teren zakładu i znalazły się w jego brudnej części, muszą się poddać określonym restrykcjom sanitarnym. Gdyby dziennikarze podporządkowali się poleceniom naszych pracowników i zdezynfekowali ręce, buty i koła, wówczas mogliby natychmiast opuścić nasz teren - zapewnia senator.

Marek Barabasz, pełnomocnik ds. zarządzania jakością: Gdy dowiedziałem się, że dziennikarze znaleźli się w strefie zakaźnej zakładu utylizacyjnego, zaproponowałem im - zgodnie z obowiązującymi przepisami - poddanie się dezynfekcji. Niestety, zdecydowanie odmówili, uznając, że jest to dla nich poniżające. Takie zachowanie było dla nas niezrozumiałe tym bardziej, że poinformowaliśmy ekipę, iż niezwłocznie po przeprowadzeniu dezynfekcji będzie mogła opuścić teren firmy. Dopiero po kilkunastogodzinnych negocjacjach ekipa telewizji w asyście policji zdecydowała się poddać dezynfekcji. Czynności polegające na umyciu rąk, twarzy, przejściu przez nieckę dezynfekcyjną oraz spryskaniu kół samochodu roztworem sody kaustycznej trwały nie więcej niż 3 minuty.

Zakład nasz funkcjonuje zgodnie z procedurami systemów HACCP oraz ISO 9001, ponosi więc odpowiedzialność za bezpieczeństwo zdrowotne wszystkich osób przebywających w strefie produkcyjnej, nawet tych, które znalazły się tam nielegalnie, bez zgody właściciela lub osoby pełniącej jego obowiązki. Nieprzestrzeganie rygorów sanitarnych grozi surowymi sankcjami, wstrzymaniem produkcji, a nawet zamknięciem zakładu. Nie możemy zatem pozwolić sobie nawet na najmniejsze odstępstwo w tym zakresie. Z uwagi na to do momentu przybycia na miejsce policji byliśmy zmuszeni zabezpieczyć dodatkowo wszystkie bramy wyjazdowe. Dodam, że nasze decyzje skonsultowaliśmy z powiatowym lekarzem weterynarii.

- Dziennikarze - kontynuuje podczas konferencji Henryk Stokłosa - straszyli moich pracowników prawem prasowym, twierdząc, że mają prawo wjeżdżać na zakład. Pytam więc, od kiedy na teren prywatny można wjeżdżać bez uzgodnienia tego z właścicielem? Jest to świadoma manipulacja, by poniżyć mnie jako senatora Rzeczypospolitej Polskiej w oczach moich pracowników i wyborców. Jest mi przykro, że takich manipulacji dokonał I program telewizji publicznej, opłacany z abonamentu społeczeństwa.

Gadomska: - Jesteśmy wolnymi mediami. Praca ekipy reporterskiej polega na tym, żeby pokazywać prawdę.

Stokłosa: - Rzeczywiście, powinna pani rzetelnie informować społeczeństwo. Gdyby pani chciała uzyskać rzetelne informacje, powinna przekroczyć główną bramę zakładu i udać się do właściciela. Wtedy zostałaby pani oprowadzona po całym zakładzie. A ponieważ pani samowolnie najechała na zakład, bocznym wejściem, i znalazła się pani w strefie skażonej, dlatego musiała pani przejść obowiązkową dezynfekcję.

O godzinie 18.05 rozpoczyna się program ,,Na żywo'', poświęcony budowie nowego zakładu utylizacyjnego. Prowadzący audycję Tomasz Czeczótko insynuuje, że licznie przybyli na nagranie pracownicy zakładów Henryka Stokłosy nie są tu z własnej woli, lecz zwieziono ich pod presją autokarami. Odpowiadają mu gwizdy. Podobnych w wydźwięku sugestii jest więcej - Czeczótko sugeruje na przykład, że zadłużenie gminy Kaczory ma związek z firmą senatora. Światełko kamery przyciąga dawno niewidziane twarze. Jako ,,ekolog'', walczący o czystość środowiska, przedstawia się Piotr Trznadel - ongiś samozwańczy wiceszef wielkopolskiej ,,Samoobrony'', zlicytowany za długi, nie tak dawno temu pacjent oddziału psychiatrycznego.

Tomasz Pępkowski ze Świątnik Górnych koło Krakowa: - Piotra Trznadla poznałem z początkiem 1999 roku w okresie protestów chłopskich w Wielkopolsce. Przebywał on wówczas w Wielkopolskim Urzędzie Wojewódzkim, gdzie miał do dyspozycji własny gabinet i oficera łącznikowego UOP, który kontaktował go z ówczesnym premierem. Jego zadaniem była walka z ,,Samoobroną''. Między innymi próbował mnie i moich kolegów namówić do tego, byśmy podjęli się czegoś w roli łamistrajków. Do dziś dysponuję dokumentami to potwierdzającymi. Andrzej Lepper szybko się na nim poznał i wyrzucił go z ,,Samoobrony''.

(Mimo to Piotr Trznadel nadal podawał się za działacza ,,Samoobrony'' i oszukał w ten sposób także redakcję TN i Radia 100, które przeprowadziły z nim wywiad jako wiceprzewodniczącym ,,Samoobrony'' w Wielkopolsce. Potem działał w innych organizacjach chłopskich, a nawet ubiegał się o mandat parlamentarny. Wielokrotnie próbował uzyskać wsparcie finansowe u senatora Stokłosy. W jego przeistoczenie się w działacza ekologicznego trudno więc uwierzyć - dop. od redakcji).

W dyskusji ,,Na żywo'' powraca sprawa incydentu z poprzedniego dnia. Sylwia Gadomska nadal utrzymuje, iż nie zauważyła, że droga, którą jechała ekipa TVP1, prowadzi na teren fabryki.

Tego dnia w mediach o Śmiłowie nadal głośno. Polsat reklamuje swój materiał: ,,Tylko u nas cała prawda o zakładach senatora''. Ilustruje go wymieszanymi na przemian zdjęciami ze Śmiłowa i zakładu w Osieku koło Oświęcimia. Efekt jest taki, że co innego pokazywane jest na ekranie, a co innego przekazywane jest w warstwie komentatorskiej. Inna stacja powraca do sprawy pracowników, którzy kilka lat temu zostali przyłapani na kradzieży mienia ,,Farmutilu''. Robi z nich pozytywnych bohaterów.

7

7 maja ,,Super Express'' publikuje na pierwszej stronie szkalujący materiał, w którym zarzuca komendantowi powiatowemu policji, iż pozostaje na usługach Stokłosy. ,,Decyzję o tym, że dziennikarze powinni poddać się dezynfekcji, podjął powiatowy lekarz weterynarii, pan Jan Hartliński. Dziennikarze nie chcieli tego zrobić i stąd powstała patowa sytuacja'' - tłumaczy Mirosław Wegner. Materiał zilustrowany jest rysunkiem, w którym komendant przedstawiony jest jako pies na smyczy. Smycz trzyma Stokłosa.

Tego samego dnia w południe w Zakładzie Utylizacyjnym ZRP ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie przeprowadzona zostaje kontrola sanitarna. Jej powodem jest podana w programie ,,Na żywo'' informacja o jakoby walających się wzdłuż ogrodzenia odpadach pochodzenia zwierzęcego. Komisja pod przewodnictwem powiatowego lekarza weterynarii obchodzi cały teren zakładu, który w przeważającej części graniczy z lasem. W sąsiedztwie ogrodzenia stwierdza jedynie opadłe jesienią liście, poprzerastane świeżą trawą. Na ziemi nie ma najmniejszych śladów wskazujących na usuwanie czegokolwiek w obrębie ogrodzenia. Na okoliczność kontroli zostaje sporządzony 31-minutowy materiał filmowy oraz dokumentacja fotograficzna. Tego samego dnia o godzinie 15. powiatowy lekarz weterynarii lustruje w tym samym celu zakładowe wysypisko śmieci, zlokalizowane na terenie miejscowości Jeziorki. Nie stwierdza na nim żadnych śladów odpadów pochodzenia zwierzęcego. Wyniki lustracji ponownie dokumentuje materiał filmowy i fotograficzny.

Fragmenty protokołów z kontroli sanitarnej przeprowadzonej w Śmiłowie w dniu 7 maja br. przez powiatowego lekarza weterynarii

(Śmiłowo, 07.05.2004. godz. 12.00) Kontrola została przeprowadzona na okoliczność informacji, jaką podała telewizja publiczna w dniu 6 maja - jakoby wzdłuż ogrodzenia Zakładu Utylizacyjnego ZRP ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie miały być porozrzucane odpady pochodzenia zwierzęcego. Powiatowy lekarz weterynarii w Pile wspólnie z komisją składającą się z dyrektora Mikołaja Soczywki, kierownika Piotra Byczkowskiego, fotografa Przemysława Janickiego i operatora kamery Zbigniewa Tomczaka, obszedł cały teren zakładu, który w przeważającej części graniczy z lasem. Na ziemi wzdłuż całego ogrodzenia stwierdzono jedynie naturalnie opadłe suche liście, gałązki poprzerastane świeżą trawą. Na ziemi nie było żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na usuwanie czegokolwiek z ziemi wzdłuż ogrodzenia. Na okoliczność tej kontroli sporządzono materiał filmowy (czas nagrania 31 minut) i materiał fotograficzny.

***

(Śmiłowo, 07.05.2004. godz. 15.00) Powiatowy lekarz weterynarii w Pile w dniu dzisiejszym nie stwierdził odpadów pochodzenia zwierzęcego wzdłuż ogrodzenia Zakładu Utylizacyjnego ZRP ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie, o czym poinformowała telewizja publiczna w dniu wczorajszym. Z uwagi na podejrzenia PLW w Pile w obawie, czy nie pomylono zakładu utylizacji z wysypiskiem śmieci, postanowił dokonać oględzin wysypiska śmieci ZRP ,,Farmutil HS'' w Śmiłowie, które jest zlokalizowane na terenie miejscowości Jeziorki. Ponieważ nadzór nad wysypiskiem śmieci do kompetencji Inspekcji Weterynaryjnej nie należy, zwróciłem się do dyrekcji w/w przedsiębiorstwa o zgodę na wstęp na teren tego wysypiska - którą to uzyskałem. W trakcie dokonanych oględzin wysypiska, odpadów pochodzenia zwierzęcego na jego terenie nie stwierdziłem. Oględzin dokonałem w obecności kierownika Ochrony Środowiska i Oczyszczalni Ścieków ZRP ,,Farmutil HS'', dyrektora zakładu Mikołaja Soczywki, fotografa Przemysława Janickiego i operatora kamery Zbigniewa Tomczaka. Na okoliczność tych oględzin sporządzono materiał filmowy, którego czas nagrania wyniósł ok. 5 minut oraz sporządzono materiał fotograficzny.

Podanej dzień wcześniej nieprawdziwej informacji o porozrzucanych odpadach zwierzęcych nikt już nie prostuje. Media mają nowy news: w Iraku ginie korespondent wojenny Waldemar Milewicz.

Nazajutrz ,,Super Express'' zamieści na pierwszej stronie zbliżenie zabitego reportera. ,,Jest nam za was wstyd!'' - zawołają zgodnym chórem pozostałe media.

Mariusz Szalbierz

Współpraca: Andrzej Krojec,

Kaja Kunicka, Jerzy Utkin

Osobom z zewnątrz starano się incydent w Śmiłowie przedstawiać jako dramat uwięzionych dziennikarzy, a tymczasem była to

Zwykła farsa

Rozmowa z Anną Stokłosą, właścicielką ZRP ,,FARMUTIL'' w Śmiłowie.

W jakich okolicznościach znalazła się Pani na miejscu zdarzenia?

- W tym dniu od rana byłam poza Śmiłowem. Około godziny jedenastej zadzwonił do mnie mąż i poinformował o incydencie. Ponieważ przebywał w znacznej odległości od firmy, poprosił, bym na miejscu zorientowała się, co naprawdę się wydarzyło. Przyjechałam na teren firmy i przy zakładzie utylizacyjnym zauważyłam samochód ze znakami TVP. Wokół niego zebrała się grupa osób. Byli to pracownicy oraz pięcioro nie znanych mi osób. Nie posiadali żadnych identyfikatorów. Gdy przedstawili się jako dziennikarze TVP, poinformowałam ich, że znajdują się na terenie prywatnym, wewnątrz zakładu utylizacyjnego, gdzie obowiązują surowe reżimy sanitarne. Bez względu na to, w jaki sposób i w jakim celu się tu znaleźli, czeka więc ich dezynfekcja. Jest to obowiązek wynikający nie z dobrej czy złej woli właściciela, lecz z przepisów obowiązujących we wszystkich państwach Unii Europejskiej. Zasady te nie zostały stworzone, by komukolwiek dokuczyć, lecz po to, aby zachować maksymalne środki bezpieczeństwa. Dotyczą one nie tylko nieproszonych gości, ale wszystkich pracowników oraz inne osoby, które znajdą się w tej strefie sanitarnej naszej firmy.

Jak dziennikarze zareagowali na Pani słowa?

- Od początku byli agresywni i aroganccy. Zwłaszcza kierująca nimi kobieta, która czuła się bardzo pewnie, straszyła mnie prawem prasowym i innymi sankcjami. Nie ustępował jej jeden z kolegów, którego zapamiętałam głównie ze względu na jego "na zero" ogoloną głowę i wyjątkowo niekulturalne zachowanie. Pozostali również nie przyjmowali żadnych argumentów. Wszelkie próby rozmowy kwitowali chamskimi odzywkami i obelgami. Z trudem to znosiłam tym bardziej, że cały czas oko kamery trzymali mi przy nosie, filmowali i fotografowali każdy mój gest, nagrywali każde słowo. Obśmiewali i prowokowali, zależało im na tym, aby wywołać u mnie i otaczających mnie pracowników agresję. Szukali sensacji i polowali na nią po to, by móc natychmiast informować o tym otaczających zakład dziennikarzy i podgrzewać ich nieprzychylne nam nastroje.

Tymczasem Pani chciała ich zmusić do rozebrania się do naga. Czy to był rewanż za ich fatalne maniery?

- Dezynfekcja to nie było moje widzimisię, lecz konieczność wynikająca z faktu, że "desantując się" w naszym zakładzie, naruszyli przepisy sanitarne.

Czy powinni rozebrać się do naga? Tak. Dezynfekcja dotyczy całego ciała i polega na kąpieli pod prysznicem - oczywiście w przystosowanych do tego warunkach i bez obecności osób postronnych, z pełnym zachowaniem intymności i przy użyciu atestowanych środków czystości. Czy ktoś wyobraża sobie kąpiel w ubraniu? Powtarzam jeszcze raz: ta procedura dotyczy bez wyjątku wszystkich. Ekipa TVP wtargnęła na teren zakładu utylizacyjnego, od zaplecza firmy, łamiąc wszystkie obowiązujące przepisy. Przecież przy odrobinie dobrej woli i zwykłej ludzkiej uczciwości można było tego wszystkiego uniknąć. Wystarczyło się z nami skontaktować, my przydzielilibyśmy ekipie przewodnika, który informowałby o przepisach, dziennikarze zostaliby wyposażeni w odpowiednie obuwie i odzież ochronną i nie byłoby żadnego problemu. Jednak dziennikarze TVP najwyraźniej uznali, że prawo ich nie dotyczy. Musieli więc ponieść konsekwencje swojego postępowania.

Dziennikarze skarżyli się też na to, że byli traktowani w sposób niehumanitarny, że między innymi nie dostali niczego do jedzenia i picia, a także, że nie mieli dostępu do sanitariatów. Tak było?

- To kolejne kłamstwo. O godzinie trzynastej osobiście zaproponowałam im posiłek w postaci kanapek. Odmówili. Po jakimś czasie zaproponowałam napoje. Również odmówili. O godzinie osiemnastej była kolacja: bigos, kiełbasa, pieczywo, na którą dziennikarze również kilkakrotnie byli zapraszani. Tym razem skorzystałam z pośrednictwa policji. Odmówili po raz kolejny. Poprosili jedynie o możliwość skorzystania z toalety. W tym rejonie zakładu nie ma toalety, a nigdzie dalej dziennikarze nie chcieli się udać. W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się jedynie mieszkanie jednego z naszych pracowników, który akurat przebywał poza Śmiłowem. Na moje polecenie skontaktowano się z nim telefonicznie i poproszono o udostępnienie toalety, na co wyraził zgodę. Pani redaktor udała się tam w asyście policjanta.

Czy wiedziała Pani o tym, w jaki sposób media informowały opinię publiczną o zatrzymaniu dziennikarzy?

- Wiedziałam, że media okłamują opinię publiczną i było to uczucie mocno frustrujące, mimo że do dziennikarskiej nieuczciwości zdołałam już przywyknąć. Stykałam się z nią często, zwłaszcza w okresie pięciu już kampanii wyborczych mojego męża. Najbardziej irytujące dla mnie było poczucie bezsilności wobec zachowań naszych nieproszonych gości, którzy w sposób perfekcyjny mają opanowane socjotechniki i bardzo zręcznie potrafią manipulować ludźmi. Wszystko to, co się działo, było im bardzo na rękę. Stworzyli taki oto obraz: Patrzcie ludzie, co się dzieje. Oto rzetelni dziennikarze, którzy chcieli przedstawić społeczeństwu prawdę, są prześladowani przez złego senatora i jego demoniczną żonę. Klasyczny przykład manipulacji. To była woda na ich młyn. Wcale nie kryli, że są w swoim żywiole. Stworzyli sobie - także moim kosztem - prawdziwy medialny show. Usłyszał o nich cały kraj, mieli swoje pięć minut. Wreszcie zaistnieli i nie potrafili przed nami ukryć radości z tego powodu. A my nie mogliśmy na to nic poradzić. Przynajmniej tamtego dnia.

A pracownicy? Jak oni reagowali na tę sytuację?

- Jestem pełna uznania dla ich postawy. Oczywistym jest, że buntowali się przeciwko takiemu traktowaniu swego zakładu i swoich pracodawców. A co za tym idzie, ich samych. Ale zachowywali się godnie, tak w czasie incydentu na terenie zakładu, jak i podczas emisji programu "Na żywo". Czuliśmy ich solidarność, wsparcie i gotowość do obrony dobrego imienia zakładu. Razem z mężem jesteśmy im bardzo wdzięczni. Myślę, że podziękujemy im za to raz jeszcze na zakładowej majówce, która niebawem się odbędzie.

A policjanci? Im też nieźle oberwało się za to, że nie zrobili nic, by uwolnić dziennikarzy.

- Zauważyłam, że policjanci byli zażenowani sytuacją, w której się znaleźli. Są to przecież profesjonaliści, którzy z pewnością przydaliby się w tym czasie zupełnie gdzie indziej. Zachowywali powściągliwość i godny uznania obiektywizm. Stali konsekwentnie na straży prawa. Tymczasem musieli mediować w sprawie: czy pani redaktor ma umyć ręce, czy nie. Osobom z zewnątrz incydent w Śmiłowie starano się przedstawiać jako dramat uwięzionych, a tymczasem była to zwykła farsa. Wiem, że mam rację i będę tej racji broniła. Prawo w tym kraju musi obowiązywać wszystkich.

Dziękuję za rozmowę.

Poparcie bez przymusu

W sobotnim artykule Gazety Poznańskiej, zatytułowanym ,,Łapanka na senatora", pojawiły się informacje szkalujące dobre imię pracowników ZRP "Farmutil", które wywołały oburzenie wśród załogi i kadry kierowniczej. Jego autorka pisze bowiem: "Pracownicy Farmutilu twierdzą, że poparcie dla Henryka Stokłosy w czasie realizacji czwartkowego programu TVP 1 zostało wyreżyserowane przez samego zainteresowanego. W masówce trzeba było wziąć udział pod groźbą zwolnienia z pracy". Autorka napisała też, że ,,całą pozytywną akcję miał przygotować firmowy marketing". Zgłaszający się do Gazety Poznańskiej pracownicy, rzekomo z obawy przed utratą pracy, mieli zastrzegać sobie anonimowość. Rozmawialiśmy z osobami, które były na miejscu, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. I to od tych, którzy zechcą to powiedzieć, nie wstydząc się podawać swego imienia i nazwiska.

Anna Nowaczyk, dyr. ds. handlu ZRP ,,Farmutil HS'', kierująca też marketingiem: Marketing jest od tego, aby kreować i prezentować jak najlepszy wizerunek firmy. Jeżeli ktoś pisze ,,całą pozytywną akcję miał przygotować firmowy marketing'', to odpowiem: bo to leży w gestii marketingu i zawsze to robimy. Co do stosowania jakiejś presji czy przymusu wobec uczestników, to chcę powiedzieć, że moi pracownicy zostali o miejscu i terminie realizacji programu poinformowani i do uczestnictwa serdecznie zaproszeni. Żadnej presji czy przymusu.

Elżbieta Niemczuk, dyr. ds. finansowych: Nikt do niczego zmuszany nie był. Pracownicy zostali poinformowani o tym, że w dniu 6 maja o godz. 18.05 w programie I TVP odbędzie się program " Na żywo" z miejscowości Śmiłowo, najprawdopodobniej w okolicach sklepu spożywczego i baru pani Doroty lub na boisku (w tym momencie nie było jeszcze wiadomo dokładnie gdzie). Poinformowano ich też o tym, że jeśli mają ochotę, to mogą wziąć w tym udział - ze względu na to, że jest to program dotyczący działalności senatora H. Stokłosy w dziedzinie budowy utylizacji. Wszyscy chętnie bez żadnej namowy zdecydowali, że przyjdą, nikt nie sprawdzał, kto przyszedł, a kto nie. Aczkolwiek ludzi było niesamowicie dużo.

Mikołaj Soczywko, dyr. ds. produkcji przemysłowej: Sam osobiście starałem się dowiedzieć i dopytywałem, gdzie i kiedy odbędzie się spotkanie - bo chciałem na nim być i poprzeć Henryka Stokłosę. A moi pracownicy spontanicznie chodzili za mną i także dopytywali. Przyznam, że czułem się nawet trochę nieswojo, że na ich pytanie, gdzie i kiedy odbędzie się nagranie, w tym momencie nie znałem jeszcze odpowiedzi. Według mnie obecność zwolenników senatora była spontaniczna.

Krzysztof Deresz, specjalista ds. środków transportu: My pracujemy na zmiany, byłem już po pracy i mogłem iść do domu, ale sam się zgłosiłem do uczestnictwa w programie, tak samo jak moi koledzy. Poszliśmy wszyscy, został tylko kolega, który akurat pracował na drugiej zmianie. Chcieliśmy w ten sposób pokazać, że jesteśmy zwolennikami senatora Henryka Stokłosy i jego działalności gospodarczej.

Jacek Sikorski, brygadzista zakładu utylizacji: Sami tam poszliśmy, nikt nas nie zmuszał. Nawet nie pamiętam, skąd się dowiedziałem o tym programie. Po prostu mówiło się o tym w zakładzie. Sami umawialiśmy się na to spotkanie. Na pewno nikt nie był zmuszony.

Piotr Byczkowski, kierownik zakładu utylizacji: O nagraniu dowiedziałem się z telewizji, a może nawet wcześniej z radia. Z początku była mowa o zebraniu w okolicach baru ,,U Doroty''. Chciałem tam pójść i poszedłem, bo byłem ciekaw tego programu, a poza tym chciałem stanąć po stronie zakładu. Pracownicy też pytali mnie o program, wytłumaczyłem im, o co chodzi, ale bez żadnego namawiania.

Jarosław Jachowski, pracownik działu pakowania wędlin i wędzonek Zakładów Mięsnych w Śmiłowie: O tym, że ze Śmiłowa będzie prowadzony program "Na żywo", dowiedziałem się rano z radia. Rozmawiałem o tym z kolegami z pracy i nikt nie miał wątpliwości, że tam pójdziemy. Nie trzeba było nikogo namawiać, a co dopiero straszyć czy przymuszać.

***

W tym samym sobotnim numerze "Gazety Poznańskiej" ukazała się informacja, jakoby senator Henryk Stokłosa zmuszał swoich pracowników do podpisywania list wyborczych posłanki Socjaldemokracji Polskiej Sylwii Pusz jako kandydatki do Parlamentu Europejskiego. Osoby, które złożyły swoje podpisy na listach, zaprzeczają tym doniesieniom, twierdząc, że uczyniły to zupełnie dobrowolnie.

Dyrektor biura senatora Stokłosy Andrzej Krojec oświadczył, iż jest nieprawdą, że pracownicy byli zmuszani do podpisywania list wyborczych posłanki Sylwii Pusz.

- Rzeczywiście parlamentarzystka SdPl zgłosiła się do senatora Henryka Stokłosy z prośbą o kolportowanie na terenie zakładu "Farmutil HS" w Śmiłowie swoich list wyborczych. Listy te zostały przekazane do poszczególnych zakładów i każdy, kto chciał się na nie wpisać, mógł to uczynić - i podkreślam - uczynić zupełnie dobrowolnie. Efekt tych działań był jednak niewielki, bo w całej firmie zatrudniającej kilka tysięcy osób zebrano ponad 100 podpisów - oświadczył Andrzej Krojec.

Dyrektor biura senatora Stokłosy dodał również, że w poprzednich kampaniach wyborczych do parlamentu RP każdy komitet wyborczy, który zwrócił się z prośbą do senatora o kolportowanie na terenie jego zakładu swoich list wyborczych, takie przyzwolenie uzyskał.

Informacji, którą opublikowała "Gazeta Poznańska", zaprzeczają także pracownicy "Farmutilu", którzy złożyli podpisy na listach posłanki SdPl.

Marek Barabasz, sympatyk Socjaldemokracji Polskiej, pełnomocnik do spraw zarządzania jakością: Owszem, potwierdzam, że na terenie zakładu były udostępnione listy wyborcze kandydującej do Parlamentu Europejskiego posłanki SdPl Sylwii Pusz, sam zresztą podpisałem się pod taką listą, bo jestem sympatykiem tej partii. Absolutnie jednak zaprzeczam pogłoskom, które pojawiły się na łamach "Gazety Poznańskiej", że pracownicy byli zmuszani do składania takich podpisów. Jest to nieprawda. Każdy, kto chciał, podpisywał się dobrowolnie.

Piotr Ostrowski, referent do spraw środków transportu: Każdy ma wolne prawo wyboru tego, gdzie się chce uczyć, pracować czy też na kogo głosować. Popieram SdPl, dlatego gdy pojawiła się możliwość złożenia podpisu pod listą jednej z kandydatek tej partii, chętnie złożyłem na niej swój podpis. Nikt mnie do tego nie zmuszał, zrobiłem to z własnej woli.

Jarosław Kozłowski, dyspozytor: Złożyłem swój podpis na jej liście, gdyż uważam, że Sylwia Pusz to dobra kandydatka do Parlamentu Europejskiego. Poparłem ją dobrowolnie.

Dariusz Krupa, pracownik zakładu od 12 lat: Popieram SdPl i posłankę Sylwię Pusz. Ma dobry program, a poza tym, chciałbym, aby do Parlamentu Europejskiego wszedł ktoś z Wielkopolski. Insynuacje, że ktoś zmuszał nas do składania podpisów, to kompletna bzdura.

Na podstawie informacji

przygotowanej dla Radia "100" Monika Czemko i Marek Michalak

>